+49 (0) 871 / 97 46 335 Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Namiastka Ojczyzny

Namiastka Ojczyzny

Miłe cudze kraje, lecz milsza ojczyzna
Aleksander Fredro

Pogoda dopisywała jak nigdy. Już lepszej nie można było sobie wymarzyć. Po całodziennym bieganiu maluchy zasnęły słodkim snem, a czworonogi rozłożyły się leniwie.

Gwiazdy złociły niebo, a księżyc uśmiechał się zalotnie, spoglądając na wszystkich z góry. Monachijska grupa rockowa „Grap”, oklaskiwana głośnymi brawami, pakowała sprzęt, szykując się do wyjazdu. Gdy po wielu brawach i bisach opuściła scenę, każdy pozostał na miejscu. Nikt nie miał ochoty na sen. Wszyscy chcieli się bawić.

Nieopodal paliło się duże ognisko otoczone betonowym murkiem w kształcie ogromnego koła. Zachęcało do biesiady. Publiczność powoli ruszyła w stronę paleniska zajmując miejsca. Aż trudno sobie wyobrazić, że wszyscy się zmieścili.

Z dala od cywilizacji, lecz blisko wielkiego miasta, szczęśliwi, pościskani, jeden obok drugiego, siedzieliśmy w środku ciemnego lasu. I to wcale nie polskiego, o ile las może mieć narodowość, lecz niemieckiego. Las pachniał latem i szumiał tajemniczo.

Grzaliśmy się w świetle sypiących się z trzaskiem iskier i raczyliśmy urokiem ciepłej nocy. Starsze dzieci, te młodsze już spały, z zapałem pilnowały, aby wbite na patyk kiełbaski nie przypaliły się. Bo czy może być coś smaczniejszego i dawać większą frajdę niż własnoręcznie smażona kiełbasa wśród szumiących kniei?

Co niektórzy siedzieli wokół grilla, na którym smażyły się schaby, żeberka i steki. Rozłożone wokół stoły uginały się od jedzenia. Nie brakowało na nich niczego. Ciast, sałatek domowej roboty, a nawet krokietów i naleśników, nie wspominając o bigosie i wszelkich napojach.

Każdy w swoim zakresie przywiózł jedzenie i z chęcią dzielił się z innymi. Momentami można było odnieść wrażenie, że to nie żaden biwak fanów rockowej muzyki, lecz huczne wesele na łonie natury. Organizatorzy zajęli się opałem na ognisko i dbali, aby nikomu niczego nie zabrakło, a ogień nigdy nie wygasł.

Obok mnie na podmurówce usadowiła się Irenka, którą poznałam parę godzin wcześniej, a miałam wrażenie jakbym znała ją zawsze, Zosia, z którą po godzinnych perypetiach jazdy i szukania drogi udało nam się dotrzeć do celu, i Ewa, która rozkoszowała się urokiem księżycowej nocy sprzyjającej zakochanym.

Gdy młody chłopak przyniósł gitarę i zaczął grać, natychmiast wszyscy podchwycili melodię. Nie liczyło się, czy ktoś umie śpiewać, czy nie. Każdy zawodził na swoją nutę i nikt się tym nie przejmował.

Z dziewczynami gadałyśmy na przemian ze śpiewaniem. Wśród utworów nie zabrakło nie tylko przebojów Perfectu, Bajmu czy Budki Suflera, ale nawet harcerskich pieśni. Wystarczyło, że ktoś zaśpiewał coś znajomego i rzucił głośno pierwsze słowa, a reszta natychmiast zaczynała mu wtórować. Czuliśmy się jak dobrzy znajomi, którzy spotkali się po latach i wspominają stare czasy. Różni, z różnych stron Polski, o różnych zainteresowaniach, lecz połączeni pasją do muzyki bawiliśmy się przez całą noc, bo muzyka jak nic innego łączy ludzi. Po północy, gdy grono bawiło się w pełni, ktoś rzucił: „Hej, hej, hej, sokoły, omijajcie góry, lasy, doły…” i wszyscy zaczęli prześcigać się w śpiewaniu tej tradycyjnej pieśni, jakby w każdym obudziła się romantyczna dusza. Nieustanie pomiędzy gośćmi przemykała się ledwo widoczna postać zbierająca butelki, puszki i pilnująca, aby nigdzie nie poniewierały się papierki.

O trzeciej nad ranem, bardziej z rozsądku niż ze zmęczenia, ruszyłyśmy z dziewczynami w stronę budynku, aby choć na chwilę się przespać. Przed nami był kolejny dzień imprezy.

Wbrew naszemu życzeniu, aby pospać dłużej, nic z tego nie wyszło. Już o szóstej pierwsze promienie słońca zaczęły przedzierać się przez okna, a ptaki jak na przekór świergotały na całego budząc wszystkich bez wyjątku. Śpiewały tak głośno i tak długo, dopóki ostatni nie zwlekli się z posłań. Gdy pogoniona pragnieniem wyruszyłam na poszukiwanie czegoś do picia, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Ognisko nadal się paliło, a niewielka grupka rozgadanych niedobitków sprawiała wrażenie, jakby pilnowała, aby ogień nie wygasł. Teren świecił czystością i trudno było uwierzyć, że w nocy bawiło się na nim prawie dwieście osób. Powoli zaczęli gromadzić się pozostali, wychodząc z budynku i namiotów, aby rozpocząć kolejny dzień zabawy.

Polska gościnność i słowiański temperament połączone z niemiecką organizacją i porządkiem widoczne były na każdym kroku. Nie brakowało niczego, żarzących się grilli, trampoliny dla dzieci, stołów z ławami do siedzenia i słonecznej pogody, a przede wszystkim dobrej muzyki i humoru.

Gdzieś na obczyźnie, w środku bawarskiego lasu, który w czasie drugiej wojny światowej służył niemieckim żołnierzom jako schowek na broń, o czym nadal przypomina znajdujący się w nim bunkier, bawiła się grupa polskich fanów, śpiewając bliskie sercu piosenki. Pewni siebie, młodzi i starzy, zapominając o historycznych niesnaskach i tęsknocie za ojczyzną, cieszyliśmy się namiastką polskości.

Przepełnieni miłością do muzyki, dumni ze swoich słowiańskich korzeni i radośni, bawiliśmy się jak u siebie w kraju, z tęsknotą wspominając rodzinne strony, bo jak napisał Aleksander Fredro: „Miłe cudze kraje, lecz milsza ojczyzna”.




A. Likus Cannon