
Kiedy myślisz o Londynie, przed oczami najczęściej stają pocztówkowe obrazy: Big Ben, Tower Bridge, czerwone autobusy. Ja jednak za każdym razem uciekam od najbardziej oczywistych atrakcji. Zamiast stać w kolejkach do muzeów, wolę skręcić nad Tamizę. Tam, wzdłuż rzeki, między dawnymi magazynami i dokami, odkrywam miasto, które pachnie historią, solą i drewnem starych nabrzeży. To właśnie nadrzeczny Londyn – Greenwich i Docklands – stał się moją ulubioną częścią stolicy Wielkiej Brytanii.
Zwykle zaczynam w Greenwich. Jest w tym miejscu coś symbolicznego – w końcu to tutaj przebiega południk zerowy, który dzieli świat na wschód i zachód, i od którego wyznacza się czas GMT. Wchodzę na wzgórze do Królewskiego Obserwatorium i za każdym razem zatrzymuję się na chwilę, patrząc na panoramę miasta. Po jednej stronie klasyczne, historyczne budynki, Cutty Sark i zielony park, po drugiej – futurystyczne wieżowce Canary Wharf, jakby wyjęte z innej epoki.
Greenwich żyje spokojniej niż centrum. Tu spaceruje się bez pośpiechu, przysiada na ławkach, zagląda na targ staroci. Czuć morski rodowód tej dzielnicy – wszędzie statki, mapy, opowieści o wyprawach i podbojach oceanów. Greenwich ma w sobie coś, co trudno nazwać. Z jednej strony królewska elegancja i UNESCO, z drugiej zwyczajne życie: kawiarnie, targ staroci, uliczni muzycy. Zawsze zwalniam tu kroku. To miejsce, które nie domaga się pośpiechu. Potem ruszam w stronę dawnych doków.
Dawniej było to przemysłowe serce imperium – przypływały tu towary z całego świata: herbata, przyprawy, tytoń, wino. W XIX wieku stały tu lasy masztów i setki magazynów. Wojna i zmiany w transporcie morskim sprawiły, że doki opustoszały, ale dziś przeżywają drugą młodość. W starych, ceglanych budynkach mieszczą się mieszkania, biura i restauracje.
Uwielbiam przejazd automatyczną, bezobsługową kolejką miejską kursującą nad ziemią między dokami i wieżowcami (Docklands Light Railway). Wagon sunie wysoko nad ulicami, między szklanymi biurowcami, a ja mam wrażenie, jakbym oglądał Londyn z lotu ptaka. To jedna z tych atrakcji, które nic nie kosztują, a zostają w pamięci na długo.
Kiedy jednak mam dość nowoczesności, kieruję się do Rotherhithe – starej, portowej dzielnicy z dala od turystycznego zgiełku. To stąd w 1620 roku wyruszył w rejs Mayflower z pielgrzymami do Ameryki. Przez wieki działały tu stocznie i doki, a podobno w pewnym momencie funkcjonowało tu ponad sto dwadzieścia pubów dla marynarzy i robotników.

Dziś zostało ich niewiele, ale jeden z nich ma w sobie całą duszę tamtych czasów. Pub „The Ship & Whale” przy Gulliver Street. To jeden z najstarszych budynków w okolicy. Pierwsze wzmianki o pubie pojawiają się już w dokumentach z 1767 roku, choć obecny gmach odbudowano pod koniec XIX wieku. Kiedy siedzę przy drewnianym stole, myślę o tym, że dokładnie w tym samym miejscu ponad sto lat temu piwo pili dokerzy, stoczniowcy i marynarze wracający z wielomiesięcznych rejsów. W środku wiszą stare fotografie Rotherhithe, portu i doków. Z pubowego ogródka widać zabytkowy budynek Odessa Wharf z 1810 roku – dawny magazyn i zaplecze stoczniowe. Cała okolica wygląda jak żywe muzeum londyńskiej historii morskiej.
Ale „The Ship & Whale” to nie tylko przeszłość. To przede wszystkim ludzie. Od lat pub prowadzi Basia – piękna, zawsze uśmiechnięta dziewczyna pochodząca z Kudowy-Zdroju. W samym sercu Londynu stworzyła miejsce, które ma w sobie coś z polskiej gościnności. Wita każdego tak, jakby zapraszała do własnego domu. Kilka razy widziałem, jak zagaduje stałych bywalców po imieniu, żartuje z gośćmi, dba o każdy szczegół. Nie ma tu nadęcia ani turystycznej sztuczności. Jest za to świetna atmosfera. Jedzenie? Znakomite. Porządne, domowe, bez udziwnień. Idealne „Sunday roasts”, soczyste mięsa, chrupiące ziemniaki, pyszne fish & chips, aromatyczne sosy. Do tego kufel dobrze schłodzonego londyńskiego piwa „Spitfire” – bursztynowego, ale warzonego w tradycyjnym stylu, o lekko karmelowym aromacie i przyjemnej goryczce – które w „The Ship & Whale” smakuje szczególnie dobrze po długim spacerze nad Tamizą. Gwar rozmów, śmiech, drewniane stoły i ciepłe światło sprawiają, że trudno stamtąd wyjść.

I właśnie dlatego nadrzeczny Londyn tak mnie przyciąga. Bo to nie tylko zabytki i panoramy. To opowieści zapisane w cegłach starych magazynów, w dokach, które dostały drugie życie, i w pubie na rogu ulicy, gdzie historia spotyka się z domowym ciepłem. Za każdym razem, gdy tam wracam, mam wrażenie, że odkrywam miasto na nowo – spokojniej, bliżej ludzi i bliżej rzeki.
Sebastian Wieczorek

