+49 (0) 871 / 97 46 335 Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Małgorzata Gąsiorowska rozmawia z Agnieszką Kowaluk

 

Specjalnie dla czytelników Mojego Miasta Małgorzata Gąsiorowska rozmawia z Agnieszką Kowaluk

Jak przełożyć tekst autorki, która sama podważa sens języka? Agnieszka Kowaluk stanęła przed tym wyzwaniem tłumacząc książkę „Dane odosobowe” Elfriede Jelinek. Tekst surowy, buntowniczy, nieustannie wymykający się interpretacji. Za ten przekład otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia 2025, a w rozmowie z nami opowiada o swojej pracy i o tym, dlaczego tłumacz to nie tylko rzemieślnik, ale także współtwórca znaczeń.

M. Gąsiorowska: Agnieszko, zacznijmy może od tego, jakie książki ukształtowały Ciebie jako czytelniczkę i autorkę?

A. Kowaluk: To jest oczywiście pytanie strasznie trudne. Muszę sięgnąć dość daleko w przeszłość, bo jestem głęboko przekonana, że do przeżywania literatury przyczyniły się również takie pozaliterackie rzeczy jak trzeszczenie drewnianej podłogi pewnej kamienicy w Chełmie, gdzie mieściła się biblioteka miejska, dotyk szarego papieru, w jaki wtedy okładało się książki, blask lampy, która stała u nas przy szarym fotelu, na którym najczęściej czytała mama i sto innych drobiazgów. Ukształtowały mnie lektury najpierwsze, myślę o takich książkach czy utworach jak „Pchła szachrajka” Brzechwy, mieliśmy w domu wydanie z ilustracjami Jana Marcina Szancera, które rozpalało moją wyobraźnię. I ten rytm, i ten dowcip! Do dziś potrafię zacytować niektóre strofy. Oczywiście też „Akademia Pana Kleksa”, tego samego duetu autorsko-ilustracyjnego. Cały Tuwim i sto innych tak zwanych książek dla dzieci, choć nie myślę, że to odrębna kategoria literatury. Nie potrafię sobie wyobrazić, czy byłabym w stanie cokolwiek zrozumieć z Goethego po niemiecku, gdyby nie to, że umiejętnie w moje życie wprowadzono Mickiewicza. Zanim został lekturą szkolną, mama przeczytała mi „Pana Tadeusza”, po kawałku, w różnych miłych okolicznościach. Dzięki temu potrafiłam, myślę, nie zrażać się „dziwnością” starej literatury, w żadnym z ważnych dla mnie języków, czyli głównie po polsku i niemiecku, ta dziwność była od początku wpisana dla mnie w literaturę. I ponadto jestem głęboko przekonana, że znajomość własnej literatury otwiera na literatury inne, obce. Co bardzo przydało się na studiach germanistyki, gdzie odkryć dokonywało się z seminarium na seminarium.

{gallery}MM112/kowalczuk{/gallery}

M.G: Twój dorobek zawodowy jest naprawdę imponujący. Jesteś tłumaczką tak wybitnych pisarzy jak Clemens J. Setz, Marlene Streeuwitz czy Elfriede Jelinek, autorką felietonów w Süddeutsche Zeitung, wydałaś własną książkę „Du bist so deutsch”, a do tego organizujesz i moderujesz spotkania autorskie z polskimi pisarzami w Monachium, w których sama miałam przyjemność wielokrotnie uczestniczyć i podziwiać, z jaką pasją i miłością do literatury je tworzysz. Które z tych zajęć daje Ci obecnie najwięcej satysfakcji i spełnienia?

A.K: Myślę, że one wszystkie są różnymi stronami tego samego przyglądania się słowom, czasem z lekkością, czasem z mozołem, zawsze z szacunkiem. Dodajmy może, że uczę też niemieckiego migrantów, w tym analfabetów, czyli ludzi, którzy być może, mam nadzieję, kiedyś staną się czytelnikami literatury w tym języku. Bardzo wierzę w to, że literatura przydaje się w zrozumieniu świata choćby przez konfrontacje z rzeczami, których zrazu nie rozumiemy i których istnienia nawet nie podejrzewaliśmy.

M.G.: Przejdźmy teraz do ostatnio przetłumaczonej książki, za którą otrzymałaś w sierpniu jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich w Polsce, jaką jest Nagroda Literacka Gdynia. Serdecznie gratuluję Ci tego wyróżnienia i z całego serca podziwiam za przekład „Danych odosobowych, bo język Jelinek jest szalenie wymagający – gęsty, erudycyjny, ale i niejednokrotnie prowokujący. Opowiedz nam, proszę, o tym, co było dla Ciebie największym wyzwaniem przy tłumaczeniu tej książki. Czy język polski ma w ogóle wystarczające narzędzia, by oddać ten rodzaj eksperymentu językowego, czy jednak musiałaś częściej niż w przypadku innych tłumaczeń podejmować decyzję na granicy między wiernym tłumaczeniem a interpretacją?

AGNIESZKA KOWALUK – wychowała się w Chełmie, studiowała germanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszka w Monachium. Tłumaczka literatury niemieckojęzycznej (m.in. Elfriede Jelinek, Wolfgang Herrndorf, Hans-Ulrich Treichel, Marlene Streeruwitz, Ilse Aichinger, Clemens J. Setz); autorka m.in. kolumny „Mein Deutschland” w Süddeutsche Zeitung i inspirowanej nią książki „Du bist so deutsch!”, w której przygląda się stereotypom i zastanawia, dlaczego zdaniem niemieckich przyjaciół jest „taka niemiecka” i co to znaczy. Inicjatorka i moderatorka serii spotkań autorskich z polskimi pisarzami „Gut gepolt” w Monachium. Uczy języka niemieckiego migrantów z całego świata, w tym uchodźców. Lubi zamieszać: kultury, języki, przyprawy. Swoich uczniów poza gramatyką uczy dziwienia się. Dawanie instrumentów językowych analfabetom i tłumaczenie literatury uważa za różne oblicza tego samego niedowierzania słowom i mozolnej próby ich przekazywania.

A.K: Tłumaczenie zawsze jest interpretacją. Interpretujemy również czytając w swoim własnym języku. Nigdy nie ma się pewności, że zrozumiało się w stu procentach intencje osoby piszącej. Przefiltrowujemy wszystko przez nasze doświadczenia, wrażliwość, trafiają (do) nas różne rzeczy. Tłumacząc zaś na inny język, muszę liczyć się jeszcze z tym, że mam do dyspozycji inne instrumentarium niż język wyjściowy: inne metafory, inne idiomy, inny rytm zdania, a także pojedynczych słów, inną wreszcie gramatykę, która pomoże mi czasem swoimi trikami, a może będzie przeszkodą nie do przeskoczenia. „Dane odosobowe”, jak wszystkie utwory tej autorki, gęste są od cytatów: literackich, filozoficznych, popkulturowych, muzycznych itp. Jedną rzeczą jest ich wyłapanie, inną znalezienie tych cytatów po polsku. I o ile – choć to żmudna praca! – da się odszukać Heideggera, Freuda i Celana, to już z Goethem jest gorzej, bo bywało, że jakiś znany utwór tłumaczony był przez Mickiewicza i funkcjonuje w obiegu, nawet w formie znanych cytatów, ale nie zawiera tej akurat frazy, którą Elfriede Jelinek cytuje z Goethego. W takich razach trzeba sobie dać pozwolenie na zastosowanie pseudocytatu, takiego sformułowania, które zabrzmi jakoś „klasycznie”, jakoś „po Goethemu” i nie zepsuje frazy oraz, w idealnym przypadku, wywoła w czytelniku uczucie, że obcuje on z cytatem. To tylko jeden przykład wyzwań, przed jakimi stawałam co strona tłumacząc tę książkę. Innym wyzwaniem było nieustannie czuwanie nad wielogłosowością tej prozy, zmianami perspektyw, czasem w obrębie jednego zdania. Z jednej strony popłynięcie z nurtem tej prozy, ale przy piekielnym uważaniu na podwodne przeszkody.

M.G.: Czy możesz zdradzić, nad czym obecnie pracujesz i jakie wyzwania czekają na Ciebie w najbliższym czasie oraz czego życzyłabyś sobie jako tłumaczka, autorka i czytelniczka na kolejne lata swojej pracy z językiem?

A.K.: W tej chwili kończę książkę autora, którego fanką jestem od wielu lat. Wolf Haas napisał absolutnie szalony kryminał oparty na pomyśle mistrza złudzeń optycznych, holenderskiego grafika M.C. Eschera, tego od wzajemnie rysujących się dłoni. Książka będzie nazywała się „Poluzowany kontakt” i wyjdzie na wiosnę 2026 roku w Wydawnictwie Filtry. To wielka literacka frajda i w warstwie pierwszej, tej kryminalnej, i w warstwie narracyjnej, bo ręczę, że przyglądanie się temu, jak to jest literacko zrobione, jest dodatkową przygodą. I tego sobie właśnie życzę: książek nieoczywistych, zaskakujących, otwierających, poszerzających horyzonty. I aby znajdowały czytelników, dla których będą znaczyły to samo.

M.G.: Agnieszko, bardzo dziękuję za rozmowę i za podzielenie się swoimi przemyśleniami. W imieniu czytelników Mojego Miasta życzę Ci wielu sukcesów, dalszych inspirujących spotkań z tekstami oraz odkrywania nowych światów i nowych znaczeń, które rodzą się między językami.

Małgorzata Gąsiorowska