+49 (0) 871 / 97 46 335 Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Demokracja ludowa, czyli jak to za komuny było

Związek Patriotów z Wandą Wasilewską na czele poprosił go o przyłączenie kraju jako 16 republiki do ZSRR. Pomimo tego nie zamierzano pozwolić Polakom na niezawisły byt. Represje NKWD i stalinowskiego aparatu bezpieczeństwa, które spadły na Polskę, były jednymi z najbrutalniejszych w krajach bloku wschodniego.

Armia Krajowa

Hasło: „kto nie jest z nami, jest przeciw nam” stanowiło fundament totalitarnej polityki Stalina. W związku z tym, po wkroczeniu dwumilionowej Armii Czerwonej na wschodnie tereny Polski, NKWD i Smiersz natychmiast rozpoczęły prześladowania ludzi związanych ze strukturami Armii Krajowej, która liczyła prawie 400 tys. zaprzysiężonych żołnierzy. Na Wileńszczyźnie, na mocy sowieckich rozkazów z grudnia 1943 r., akowców rozstrzeliwano najczęściej na miejscu, a od sierpnia 1944 r. zaczęto ich, m.in. z Lublina, wysyłać samolotami na Sybir. Okrutnie także obchodzono się z oficerami umieszczanymi na Majdanku – byłym niemieckim obozie śmierci. Sowieci nazwali polskich patriotów walczących z Niemcami o niepodległość kraju, faszystami i kolaborantami, w ten sposób chcieli legitymizować represje wymierzone przeciwko nim.

Kto nie zgadzał się z moskiewską wizją Polski podporządkowanej ZSRR był „faszystowskim niedobitkiem” lub otrzymywał miano „bandyty“. Stalinowska zasada brzmiała: „Z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela”.

Za wrogów systemu uważano również duchownych, sklepikarzy, ziemian, drobnych przedsiębiorców i kułaków. Opresyjna polityka radziecka zataczała więc bardzo szeroki krąg uderzając w tzw. zwykłych obywateli. Trzy lata po zakończeniu wojny mój dziadek i jego brat zostali zesłani na Sybir, a babcia wraz z małymi dziećmi przez półtora roku musiała ukrywać się w leśnej ziemiance. Dopiero po śmierci Stalina, w 1953 r., dziadek został zwolniony z łagru wraz z przeszło milionem więźniów. Brat dziadka niestety amnestii nie doczekał. W Polsce śmierć Stalina komentowano po cichu jako „radosną żałobę”. Ze zdziwieniem zwiedzałam parę lat temu w gruzińskim Gori – rodzinnym mieście dyktatora – jego muzeum funkcjonujące niemal jak sanktuarium kultu jednostki.

Po wojnie na Śląsku

Zbrodnicze działania Sowietów dotknęły także mieszkańców Śląska. Od maja 1945 roku zaczęto ich deportować na Wschód. Rosjanom było obojętne, czy ci Ślązacy czuli się Polakami, czy Niemcami. Ustalono po prostu, że obowiązkowi pracy podlegają wszyscy mężczyźni od 17 do 50 roku życia. Jednych zabierano bezpośrednio z miejsca pracy, a na innych organizowano łapanki. Ponieważ Ślązaków zatrzymywano, ale nie stawiano przed sądem, więc ludzie myśleli, że przez kilka tygodni będą naprawiać zniszczoną infrastrukturę, a w rzeczywistości trafiali na 4 lata do pracy przymusowej w łagrach ZSRR. I tak robotnicy niewykwalifikowani trafiali na Białoruś bądź do Gruzji, górników i hutników kierowano w rejon Donbasu, a rolników do kołchozów w okręgu Odessy. Ok. 25 procent z tych przymusowych pracowników nie wróciło do domów. Zmarli wycieńczeni katorżniczą pracą. Najgorzej mieli ci, którzy pracowali przy kopaniu torfu w okolicach Mińska. Aż 60 procent z nich spoczęło w bezimiennych grobach.

Kolektywizacja

Okres stalinowski, czyli przełom lat 40. i 50., był najdramatyczniejszym okresem na polskich wsiach. Wtedy komunistyczne władze oficjalnie zdefiniowały grupę zamożniejszych rolników jako kułaków i wprowadziły wobec nich politykę represji. Chłop uznany przez lokalne władze partyjne za kułaka podlegał rozkułaczeniu, co oznaczało konfiskatę całego majątku i przejęcie go przez państwo. W ten sposób ludność wiejską zastraszano, dążąc do wprowadzenia PGR-ów. Zamieszkały w Wielkopolsce wuj mojej mamy trafił wtedy na 2,5 roku do ciężkiego więzienia w Rawiczu. Z walki z kułakami zrezygnowano dopiero po 1956 roku, kiedy Władysław Gomułka, rezygnując z siłowej kolektywizacji wzorowanej na ZSRR, wkroczył na „polską drogę do socjalizmu”.

Fajka Stalina

Pewnego dnia Stalin wezwał do siebie szefa NKWD, Berię, mówiąc: „Towarzyszu Beria, zginęła mi fajka“. „Zajmę się tym” odpowiedział Beria. Po południu Stalin zadzwonił do Berii: „Moja fajka się znalazła”. Na to Beria: „Ja się tym zająłem – trzech rozstrzelanych, czterech powieszonych”. Za opowiadanie tej anegdoty trafiało się na trzy miesiące do piwnic Uniwersytetu Wrocławskiego. Dlaczego do piwnic? Bo więzienia we Wrocławiu, tak jak i w innych miastach, były przepełnione. W czasach stalinowskich wystarczyło bowiem skrytykować partię lub nie wykonać normy produkcyjnej i stawało się wrogiem państwa. Prześladowano również duchownych i wiernych, traktując ich jako zagrożenie wymierzone w ateizację państwa. Polaków nie opuszczał jednak dobry humor, gdy w marcu 1956 zmarł w Moskwie prezydent PRL, Bolesław Bierut, żartowano: „Pojechał w futerku, a wrócił w kuferku”, a Moskwę proponowano przemianować na „Częstochowę”, bo tam często chowano polskich komunistów Oczywiście nie wszyscy Polacy stawiali opór sowietyzacji kraju. Sąsiedzi dobrze wiedzieli, kto na tzw. dzielnicy pracował w Urzędzie Bezpieczeństwa. Panowie ci nosili skórzane płaszcze, mieli pozwolenie na broń myśliwską, licencje taksówkarskie i pozwolenie na budowę domu. Wiedziano też, kto zapisał się do PZPR, bo dostawał mieszkanie spółdzielcze, miejsce na studiach bez egzaminu dla dziecka czy wycieczkę za granicę. Natomiast o bohaterskich akowcach sąsiedzi dowiadywali się zazwyczaj dopiero w latach dwutysięcznych, na ich pogrzebach. Efekty polityki Stalina nie zniknęły wraz z nim. Do końca lat osiemdziesiątych część Polaków słuchała wprawdzie Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki, ale musiała wpajać swoim dzieciom, że nie wolno opowiadać tego, o czym się mówi w domu i o nic nie należy pytać. Dlatego, gdy w 1978 r. na murze mojego liceum na wrocławskim Biskupinie metrowymi czerwonymi literami ktoś napisał: „Precz z żydokomuną”, przesłuchano większość chłopaków w szkole, ale znaczenie tego napisu poznałam prawie trzydzieści lat później zwiedzając wystawę IPN-u – „Twarze wrocławskiej bezpieki”.

Jolanta Helena Stranzenbach